Sad & Proud

Wszyscy wybieramy z tego samego katalogu pragnień: czasem decydujemy się na zestaw powiększony o fitness albo wersję z konsumeryzmem dietetycznym (wtedy zostajemy konsumentami świadomymi i wierzymy w ruch slow). Dodatkowo w pakiecie można wziąć kupę pieniędzy, albo parcie na sprzątanie mieszkania albo kosmiczny seks.

Przymus szczęścia

Spełnienie zawodowe, kariera, uroda. Do tego nieodłączny uśmiech, żeby nikomu dookoła nie umknęło: jesteś szczęśliwy.

Szczęście to ideał normatywny: cel, do którego mamy dążyć, bo wszystkim nam się należy, wszyscy mamy do niego prawo i jeśli będziemy dostatecznie dobrzy, spłynie na nas jako nagroda. Chcesz być szczęśliwy, a szczęśliwy znaczy dostatni, zawodowo aktywny, prestiżowy, uśmiechnięty, stylowo ubrany. Szczęście wygląda jak Pinterest.

To dlatego te wszystkie smutasy, ponuraki i melancholicy wydają się nam bardzo podejrzani. O co z nimi chodzi? Co im nie wyszło? Smutek od razu łączymy z porażką, z nieradzeniem sobie, z rodzajem gorszości.

Widzisz dwie grupy ludzi i od razu wiesz, że chcesz należeć do uśmiechniętych! Co Ci po tych parówach z ustami w podkówkę, z oczami wpatrzonymi gdzieś w kąt, z poobgryzanymi skórkami paznokci i tikami nerwowymi?

Czy wstydzisz się smutku?

Przestań się smucić, mówią szturchając Cię łokciem. Uśmiechnij się, będzie lepiej. Chodź, przebiegniemy sobie 30 km przez płotki, dostaniesz taki zastrzyk endorfin, że się po prostu zesrasz z radości! Na szczęście trzeba aktywnie pracować, mówią Ci znad ajfona, zobacz, tu na przykład jest taka aplikacja, która pomaga zbudować codzienny rytuał wdzięczności. To kwestia dobrych nawyków!

Wypracowane nawykami automatyczne szczęście. Samorozwój. Optymalizacja. Efektywność.

Oczywiście może to sprawiać Ci to radość. Ale jeżeli nie sprawia, jeżeli bywa Ci smutno, jeśli po prostu nie widzisz, czym  masz się tu cieszyć, kiedy bliskość innych ludzi wywołuje u Ciebie coś pozytywnego, ale szczęściem byś tego nie nazwała, jeśli cenisz sobie twardawy siennik swojej strefy komfortu – nie wstydź się.

Och, przestań. Zostań nindżą smutku

Smutku nie trzeba się wstydzić jak choroby, słabości czy porażki. Przestań się bać, że psujesz innym zabawę swoim nosem spuszczonym na kwintę – hejże, to oni swoimi głupawymi śmiechami, tym kretyńskim strzelaniem selfiaczy, tym hałasem pustych rozmów zakłócają Ci właśnie tłustą melancholię, psują Ci krajobraz acedii, kalają Twoją tęsknicę.

Ty jesteś psujem zabawy? Ta gdzie! Nie daj się wpisać w rolę ofiary i nie daj się namawiać na porzucenie smutku! Z dumą obnoś umęczoną twarz, lekkie znudzenie i rozczarowanie światem. Za punkt honoru stawiaj sobie świecenie ludziom w oczy okładkami smutnych książek, które właśnie czytasz.

smutni i dumni
Żródło: Kaboompics

Powiem nawet więcej – jeżeli jesteś nindżą smutku, czemu nie pokazać im więcej? Gdy oni kłują Cię Grzesiakiem, ty broń się tarczą niezrobionego makijażu czy niewykonanego treningu. Z dumą wklejaj na fejsa screeny maili od Endomondo: “Natalia, brakuje nam Ciebie. Nigdy nie zrobiłaś treningu!”

Gardź. I się nie wstydź. W smutku jest odpoczynek i dostojność – z obu możesz czerpać, kiedy akurat zdarzy się gorszy dzień. Możesz ładować akumulatory, robić niewesołe rozpoznania, żałować podjętych decyzji i boleć nad tym, co utracone – bez poczucia winy, że nie jesteś dość pozytywnie zakręcona. Bez planowania natychmiastowego podniesienia się z kolan (nie upadłaś! To jest naturalne!).

Byle co

Są ludzie, którym micha się cieszy z byle powodu. Widzą słońce – chichot, bawią się z psem – ekstaza, grają w siatkówkę – o mój jezu, mało nie eksplodują z radości! wystarczy im doprawdy cokolwiek, by wybuchali od razu perlistym śmiechem. Lubię takich ludzi. Lubię spędzać z nimi czas: nic nie muszę wtedy robić, nie czuję z ich strony żadnej pretensji. Kiedy ktoś jest radosny i promienisty, to super. Kocham to w innych.

Ale to nie znaczy, że należy jakoś szczególnie deprecjonować własny smutek, czuć się gorszym, winić siebie za to, że jest się psujem zabawy.

Smutek jest uprawniony zarówno jako izolowana reakcja emocjonalna czy jako ciche, melancholijne usposobienie. Niezależnie od tego, co mówią do Ciebie Instagramy innych ludzi.

Co zrobić ze zmarnowanym dniem?

Możemy sobie pisać tysiące smsów.

Dziś, kiedy byłam w pracy, wymieniliśmy 58 wiadomości.

Gdy wracam do domu, siedzisz w głową utkwioną w książce albo komputerze, nie mamy o czym rozmawiać – wszystko już sobie napisaliśmy.

Więc żeby się wypłakać, idę na zewnątrz – to był naprawdę okropny dzień i nie wiem, co robić dalej.

“Czy możesz wyrzucić śmieci po drodze?”, pytasz zanim wyjdę.

Aby jakoś zaakcentować rozpacz, nalewam sobie wódki z cytryną, bardzo mi smakuje; ale nagle moja poza staje się absurdalna, ja, wódka, Ty w oddali czytasz Gumbrechta, ja patrzę na swoje stopy, lód się roztopił, pójdę umyć zęby.

kaboompics.com_Wine glass & book
Źródło: Kaboompics 

Jak wybrać studia?

W gimnazjum pisywałam felietony do szkolnej gazetki. Byłam nowa, więc tym bardziej zależało mi na akceptacji .

 

Moje teksty były potwornie nadęte: składały się z wymuszonej ironii, trudnych słów i poczucia wyższości. Odbite w nich procesy myślowe na kilometr śmierdziały lękami, maskowanymi agresywnym krytycyzmem, ubranym w pseudo-humorystyczną formę.

 

Odrażające.

 

Jedna z polonistek, łechcąc mi ego gadką o talencie i tak dalej, zaproponowała mi podjęcie tematu związanego bardziej z codziennym życiem szkoły. Może napisałabym o tym, jak się niektóre osoby ubierają, o dyskusyjnych wyborach odzieżowych. Chodziło na przykład o panią B., która nie goliła nóg, i wszystkich to bardzo bawiło, ale o jeszcze kilka żałośnie odzianych ciał pedagogicznych.

 

Zachęcona sugestiami, zabrałam się do pisania, pamiętam, że w puencie tego paszkwilu znajdowało się coś o Apaczach. Nie widziałam w tym nic złego, tym bardziej, że poleciła mi to nauczycielka (czy ona mogła zlecić mi coś niedobrego?). Sama co prawda nie ubierałam się najlepiej, ale tego nie wiedziałam; namówiłam niedawno rodziców na sztruksowe dzwony z Lee Coopera, a pani od polskiego mnie chwali, więc czułam się pewnie królową świata. Nie wiedziałam, ile zarabiają nauczycielki i że strój większości z nich mógł być związany z wysokością ich pensji. Nie zastanawiałam się też nad tym, jak poczułyby się, czytając te słowa: felieton zawierał szereg aluzji, bez nazwisk; jako uczennica byłam na bezpiecznej pozycji, ponieważ one wiedziałyby, że napisałam to po prostu z głupoty – i może z czyjejś inspiracji. Wciąż jednak byłoby im przykro. Nawet jeśli nie były dobrymi nauczycielkami ani atrakcyjnymi kobietami, to nie zasługiwały na taką złośliwość.

 

Jedna z polonistek była zachwycona i zaśmiewała się nad tekstem. Bardzo mnie pochwaliła i poleciła jeszcze wyostrzyć tekst. Jakby mnie ktoś wpisał do klubu fajności, a w tym klubie była jeszcze Agnieszka, Ola, Grzesiek, Mateusz i bardzo przystojny Artur. Wróciłam do domu i zabrałam się do pracy. Wydrukowałam ostateczną wersję i pokazałam mamie – chciałam, żeby też była dumna i może zorientowała się, jak fajne ma dziecko.

 

Moja mama nie była dumna. Powiedziała, że to okrutne i nie mogła uwierzyć, że nauczycielka kazała mi napisać coś takiego. I nie chciała, żebym to publikowała.

warkocz
Nie mogłam do końca ufać mojej mamie, bo i jej wybory estetyczne były wątpliwe. Na przykład obsesyjnie czesała mi warkocze zbierane, które zdawały się mieć ujemny coolness factor. No i mało się malowała, nosiła kolory ziemi, nuda w porównaniu z jedną z polonistek, hałaśliwą w farbowanym, lśniącym rudym i ciężkich, obklejonych tuszem rzęsach, brzęczącą setkami bransoletek. Dziś noszę głównie zbierany warkoczyk. Jest wygodny. Choć wciąż nie poważam stylu mamy. 

Nie pamiętam z końcu, czy tekst się ukazał, czy nie; nie rozumiałam już ani mojej mamy, ani jednej z polonistek, jednak przestałam pisać felietony do gazetki.

 

Pięć lat później poszłam na polonistykę.

Można więc powiedzieć, że nie uczę się na błędach.

4 sytuacje, w których odczuwasz ulgę. Kiedy odczuwać ulgę.

W życiu każdego z nas zdarzają się takie momenty.

1. Na szczęście mam piżamę i słój masła orzechowego

Są totalnie takie chwile, kiedy masz pisać strategię, jest 22:10, a Ty oglądasz zdjęcia Dolana na Pintereście. Siedzisz w łóżku, w piżamie, w której siedziałaś cały dzień, i bardzo wzruszają Cię nagle piosenki Beyonce.

Piżamę można by uprać, myślisz, wychodząc spod kołdry (czemu siedzisz pod kołdrą, przecież jest ciepło?!) po łyżkę masła orzechowego, po którym nie czujesz się co prawda najlepiej, ale jego arachidowy jęzor już przyjemnie rozsmarowuje się wewnątrz Twojej paszczy, zanim zdążysz sobie przypomnieć wszystkie motywacyjne memy w stylu ”dzisiejszy posiłek jest jutrzejszym biodrem”.

Puste okno dokumentu zaprasza do wybrania się po jeszcze jedną łyżkę masła, po drodze zaczynasz  poszukiwania pilota od bramy wjazdowej, choć przecież nie masz samochodu i Ci niepotrzebny.

2. Uff, jak dobrze, że tego nie mam!

Że nie palę, nie piję, nie biorę narkotyków, miałam tylko 3 chłopaków, że nie mam orderu fajności fejsbuka ani przygód innych ludzi.

Siedzę naprzeciw kogoś, otaczam tę osobę sympatią i dobrymi życzeniami, ciepłem i karmą, głównie gulaszem z podrobów, który robię wyśmienity, i wysłuchuję opowieści i myślę sobie, jak dobrze, że nie jest to moim udziałem, że Twoje dzieje nie przytrafiły się mi.

Kiedyś wszystko, co inne od mojego losu, odbierałam jako utratę.

Mogłam zostać piosenkarką astronautą księżniczką insta biologiem pisarką awangardową wynalazczynią leku na raka luzerką mieszkającą z rodzicami otyłą osobą marzycielką w hipisowskiej sukience bibliotekarką złodziejką

Mogłam wstąpić do armii do legii cudzoziemskiej do klasztoru do mensy do kółka różańcowego do sekty

Tyle krajów mogłabym odwiedzić z tyloma osobami wejść w intymność.

Kiedyś myślałam sobie w takich momentach, i widzisz, głuptasie, mogłabyś tyle osiągnąć, a ty nic, ani produktywnego zarządzania sobą, ani artystycznego szaleństwa, ani z Ciebie Jobs, ani Frida, ni to mięso, ni to ryba.

Twoje życie, nudne i umiarkowane, umoszczone na samym czubeczku krzywej Gaussa, na łożu śmierci wyda Ci się bezbarwne i nic niewarte.

Nic nie osiągniesz i kiedy w końcu zdechniesz, nikt nie nazwie Twoim imieniem żadnej ulicy, ani nikt nie będzie wspominał Twoich tripów po mdma ani nie zostaną po Tobie nawet wiersze spisane w szufladzie ani innowacyjny produkt.

Myślałam tak kiedyś, ale teraz już tak nie czuję; patrzę, jak dmuchasz we mnie dymem i łagodnie uśmiecham się na myśl o Twoim kochanku, który rano uciekł, zabierając Ci tom Heinego: co za pyszna anegdota! Śmieję się w kułak z Twojego zabawnego sposobu opowiadania i cieszę się, że potrafisz to przeżyć na wesoło! Ale mnie jest tak dobrze, gdzie jestem: jest pierwszy tak ciepły wieczór, czuć lato w powietrzu, wymyślamy historię o tej parze naprzeciwko, szepcząc konspiracyjnie, a potem wrócę do domu, do męża, i rano zjemy sobie tłuste śniadanie.

Ale póki co siedzimy i wcale się nie boję, że jestem od Ciebie gorsza, bo Ty masz takie świetne historie,  a ja nie.

Jeśli to nie jest miłe, to nie wiem, co jest.

3. Jak dobrze, że się nie znamy!

Pisanie uczy lepszego rozumienia tekstów innych: skoro piszesz, to wiesz, że ja =/= to, co napisałam. Że moje poglądy ani moje życie nie są z tym tekstem tożsame, ale współbieżne. Ja tu sobie w pisaniu rzeczy testuję, używam słów, których nie używam na co dzień, a nie pokazuję, jaka jestem; jaka jestem, każdy widzi.

Komunikacja między Tobą a mną via tekst to nie jest jakieś 1 do 1, nie znasz mnie tylko dlatego, że czytasz co piszę. Ja mogę uwielbiać Twoje teksty, ale nie umiałabym Cię zaczepić na przystanku, szybko zapadłaby między nami cisza nasiąknięta jakimś obopólnym rozczarowaniem. Ja chciałam, żeby moja pisarka była połączeniem Simone de Beauvoir, Mattie Rogers i Patrycji z podstawówki, Ty życzysz sobie jednak bystrzejszej czytelniczki. Wbijając oczy i paznokcie w smartfona, że niby coś sprawdzasz, mówisz do siebie, Jak ja dla takich ludzi piszę. to pierdolę tego bloga.

Słyszałam, ale udaję, że nie. Podnosisz głowę i zasłaniasz oko grzywką, mówisz, że musisz biec, że pilne spotkanie, trening, kręcenie lodów z jarmużu i wątróbki, malowanie mandali na gwoździach oraz zaawansowane tkanie biznesplanu. Spoko, mówię, że niby nic mnie to nie obchodzi, ale czas, który spędziłam na czytaniu Ciebie wydaje mi się nieco bardziej stracony, refleksje po Twoich tekstach- banalne, a emocje w związku z nim narosłe – przerośnięte.

Pomyśl więc, jakie to świetne, że nigdy nie musimy się zobaczyć ani rozmawiać, że możemy się cieszyć relacją, w której ludzie porozumiewają się przez czytanie, a nie oczekują, że ich posty i komentarze będą naśladować bezpośredniość żywej mowy.

4. Jaka ulga że rzeczy nie muszą być doskonałe!

Idziesz sobie żwawo miastem albo jedziesz na rowerze, a myśli szybsze niż Twoje kiksy: niech mnie wywalą z pracy, niech mnie ukochany opuści, niech mi się pieniądze skończą, i co, i nic, i nic się nie stanie.

Znasz to uczucie, kiedy wiesz, że Twoja kreska na oku ma drobne przerwy między rzęsami, albo kiedy Twój posiłek zawiera zbyt dużo węglowodanów, albo kiedy napisałaś maila i orientujesz się, że przekleiłaś treść z innego i nie zmieniłaś danych, albo kiedy zauważysz, że w okolicach kostek na Twoich rajstopach są te małe białe kulki, albo kiedy niechcący zamknęłaś przeglądarkę z tysiącem zakładek, i straciłaś je, a tam były wartościowe rzeczy, jednak nie na tyle wartościowe, by szukać przez historię?  Jedno Ci powiem: kij z tym!

Szef krytykuje, promotor rzuca aluzje, na treningu siady Ci nie siadły, biodro  jakieś zamknięte: kij z tym!

Nie mówmy do siebie językiem poradników motywacyjnych, ale powiedzmy sobie: kij z tym! chcę widzieć wszystkie perły Twoich zębów w uśmiechu, cały garnitur uzębienia, wystawiony ku monitorowi i ku słońcu i ku innym (najlepiej nie jednocześnie).

 

photo-1446161543652-83eaa65fddab
Źródło: Unsplash

5 sposobów jak przeżyć rozłąkę

Jestem w bardzo szczęśliwym związku, dlatego często zdarzają mi się takie chwile, kiedy mówię w myślach do bliższych i dalszych znajomych “kochajmy się do nieprzytomności”, i wyobrażam sobie moje inne mieszkanie, w innym mieście i z inną pracą, może noszę wtedy grzywkę albo ubieram się nieco inaczej.

Jestem w bardzo szczęśliwym związku, więc chętnie przyłączam się do chóru narzekań w tonie “nie uprawiałem seksu od trzech tygodni”, ja również, ja również, wtóruję.

Twoje dłonie czasem wydają się po prostu bardzo obce, a z ust wyczuwam zapach, którego już nie poznaję. Czy zmieniłeś dietę? Czy masz zaburzenia hormonalne? Skąd nagle w Tobie to coś, czego nigdy nie było, jakim sposobem Twoje dawne nawyki znienacka stały się tak irytujące, czy ze złośliwości je podmieniłeś, by denerwowały mnie bardziej?

Resztki Twojego zarostu, wytrzepane z golarki, dumnie pasą się na przykład na resztkach pasty do zębów przy odpływie umywalki. To celowo:  nie chcesz przerwać im uczty, by zobaczyć, jak mnie doprowadzają do pasji.

 

kaboompics.com_Alone girl standing on the wooden pier
Źródło: KaboomPics

Kiedy Cię nie ma, Twoje przedmioty rozpełzają po całym mieszkaniu, bym ciągle natykała się na nie, jak przeszkadzają mi w optymalizacji życia codziennego. Twoja bluza na oparciu krzesła kłuje mnie zamkiem błyskawicznym, Twoje skarpety nie trafiły do kosza, ale jak niezdobyty punkt leżą na podłodze obok, śmierdząc porażką.

Okruchy po Tobie wciąż są na stole, i małe miedziane pieniądze, i brudna książka, i zgięta kartka typu post-it.

Fantazjuję o mężczyznach, których przedmioty i resztki są bardziej zdyscyplinowane.

Są wielcy i silni, chętnie mnie biorą na ręce, a z wysokości i muskularności ich ciał mnie w ogóle nie widać.

Mają też tę przewagę nad Tobą, że są.

Są na moje wezwania i kiedy tyko zapragnę, oto się pojawia ich mężna męskość. Drapią mnie gęstymi brodami, przytulają i głaszczą, kochają się ze mną w długich setach, w nieskończonych nocach wyobraźni, które można bez bólu zarywać, bo nie trzeba po nich wstać do pracy. W nich opowiadamy sobie szeptem o sobie wszystko (a Ty, mój aktualny, czy wiesz o mnie wszystko? Skąd! Zadowalasz się wszystkim , które powiedziałam Ci cztery lata temu, podczas kilkunastu nieskończonych nocy, a teraz pospiesznie i niedbale rejestrujesz tylko powierzchniowe fakty, moją dietę i co chcę robić w niedzielę), prowadzimy palce i języki po swojej skórze i doznajemy bardzo wielokrotnych orgazmów, na diabelskim młynie ekstazy i wyznania.

Oczywiście, mój wyśniony, chcesz mnie na zawsze. Po to przyjechałeś do mojego wyśnionego mieszkania. Chodzimy cały dzień razem po wyśnionym Berlinie, Lizbonie lub Gdańsku, lekko od czasu do czasu dotykamy się dłońmi, jemy tatara lub policzki wołowe; nasze ciała są bardzo blisko, ale niby nic, otaczasz mnie ramieniem.

Robisz mi wszystko zgodnie z instrukcją fantazji: całujesz mój kark, przytulasz mnie mocno, Twoje ciało jest tak duże, że mogę w nim się schować, jak zagubiony kawałek papryki w mięsnej kulce, rozmawiasz ze mną przed, po i w trakcie, a na koniec oświadczasz mi się brylantem tak ciężkim, że łamię nadgarstek, kiedy próbuję go włożyć.