Jak wybrać studia?

W gimnazjum pisywałam felietony do szkolnej gazetki. Byłam nowa, więc tym bardziej zależało mi na akceptacji .

 

Moje teksty były potwornie nadęte: składały się z wymuszonej ironii, trudnych słów i poczucia wyższości. Odbite w nich procesy myślowe na kilometr śmierdziały lękami, maskowanymi agresywnym krytycyzmem, ubranym w pseudo-humorystyczną formę.

 

Odrażające.

 

Jedna z polonistek, łechcąc mi ego gadką o talencie i tak dalej, zaproponowała mi podjęcie tematu związanego bardziej z codziennym życiem szkoły. Może napisałabym o tym, jak się niektóre osoby ubierają, o dyskusyjnych wyborach odzieżowych. Chodziło na przykład o panią B., która nie goliła nóg, i wszystkich to bardzo bawiło, ale o jeszcze kilka żałośnie odzianych ciał pedagogicznych.

 

Zachęcona sugestiami, zabrałam się do pisania, pamiętam, że w puencie tego paszkwilu znajdowało się coś o Apaczach. Nie widziałam w tym nic złego, tym bardziej, że poleciła mi to nauczycielka (czy ona mogła zlecić mi coś niedobrego?). Sama co prawda nie ubierałam się najlepiej, ale tego nie wiedziałam; namówiłam niedawno rodziców na sztruksowe dzwony z Lee Coopera, a pani od polskiego mnie chwali, więc czułam się pewnie królową świata. Nie wiedziałam, ile zarabiają nauczycielki i że strój większości z nich mógł być związany z wysokością ich pensji. Nie zastanawiałam się też nad tym, jak poczułyby się, czytając te słowa: felieton zawierał szereg aluzji, bez nazwisk; jako uczennica byłam na bezpiecznej pozycji, ponieważ one wiedziałyby, że napisałam to po prostu z głupoty – i może z czyjejś inspiracji. Wciąż jednak byłoby im przykro. Nawet jeśli nie były dobrymi nauczycielkami ani atrakcyjnymi kobietami, to nie zasługiwały na taką złośliwość.

 

Jedna z polonistek była zachwycona i zaśmiewała się nad tekstem. Bardzo mnie pochwaliła i poleciła jeszcze wyostrzyć tekst. Jakby mnie ktoś wpisał do klubu fajności, a w tym klubie była jeszcze Agnieszka, Ola, Grzesiek, Mateusz i bardzo przystojny Artur. Wróciłam do domu i zabrałam się do pracy. Wydrukowałam ostateczną wersję i pokazałam mamie – chciałam, żeby też była dumna i może zorientowała się, jak fajne ma dziecko.

 

Moja mama nie była dumna. Powiedziała, że to okrutne i nie mogła uwierzyć, że nauczycielka kazała mi napisać coś takiego. I nie chciała, żebym to publikowała.

warkocz
Nie mogłam do końca ufać mojej mamie, bo i jej wybory estetyczne były wątpliwe. Na przykład obsesyjnie czesała mi warkocze zbierane, które zdawały się mieć ujemny coolness factor. No i mało się malowała, nosiła kolory ziemi, nuda w porównaniu z jedną z polonistek, hałaśliwą w farbowanym, lśniącym rudym i ciężkich, obklejonych tuszem rzęsach, brzęczącą setkami bransoletek. Dziś noszę głównie zbierany warkoczyk. Jest wygodny. Choć wciąż nie poważam stylu mamy. 

Nie pamiętam z końcu, czy tekst się ukazał, czy nie; nie rozumiałam już ani mojej mamy, ani jednej z polonistek, jednak przestałam pisać felietony do gazetki.

 

Pięć lat później poszłam na polonistykę.

Można więc powiedzieć, że nie uczę się na błędach.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s